Dariusz Sieczkowski – strona prywatna

Po latach w Czechach (2015)

Swoje życie na emigracji w Republice Czeskiej zakończyłem w 2010 roku. Poza dojazdami na procesy sądowe w 2011 roku nie byłem w tym kraju dość długo. Wyjątkiem była kilkugodzinna wycieczka w październiku 2014 roku. Ze względu na brak pomysłów na wycieczkę, w listopadzie tego roku pojechałem do Republiki Czeskiej po raz drugi, tym razem na 10 godzin, bo udało mi się znaleźć tani nocleg w Cieszynie.

Pojeździłem sobie po kraju morawsko-śląskim, zwiedziłem Czeski Cieszyn, Ostrawę i Nowy Jiczyn, sfotografowałem kilka stacji kolejowych. Republika Czeska po raz kolejny nie zachwyciła mnie. Miejsca, które na początku studiów wydawały mi się piękne, teraz wydają mi się przeciętne. Pociągi i autobusy wcale nie są lepsze od polskich (fakt, że kursują częściej, ale wynika to raczej z niewielkich odległości pomiędzy miastami), na ludzi patrzę z obrzydzeniem.

Czego nie znoszę w Czechach to jedzenie – tłuste, niezdrowe, aby się napchać. Podczas studiów jadłem, co było w ofercie stołówki, dziś pewnie nie tknąłbym tego jedzenia. W sklepach całe półki napojów energetycznych, bardzo popularne nie tylko wśród młodych. Przyznaję, przez krótki czas podczas studiów piłem to g…o, bowiem poprawiało koncentrację, ale kiedy poczułem ból w jamie brzusznej, odstawiłem od razu. Na bardziej prestiżowych kierunkach studenci szprycowali się np. lekami dla chorych na Alzheimera. I po co? Przecież i tak najważniejsze są układy.

Jeśli chodzi o pieczywo, to duży spadek jakości, ze słodyczy w Republice Czeskiej kupuję jedynie batoniki „Kofila Latte”. Mają bardzo dobry smak, reszta przeciętna.

Najlepsze moje zakupy podczas tegorocznej wycieczki to napoje azjatyckie kupione u Wietnamczyków w Czeskim Cieszynie. Pożałowałem też 12 koron (1,7) na małą puszkę Kofoli. Oczywiście najmniejszą puszkę, bo większej puszki tego paskudztwa nie byłbym w stanie wypić.

Nie potrafię zrozumieć, co ludzie widzą w tym kraju, dlaczego są tak zaślepieni? Komentarze pod artykułami dotyczącymi Republiki Czeskiej przestałem już czytać, ponieważ przeraża mnie polska fascynacja tym krajem.  

Poza dyplomem wyższej uczelni poświadczającym ukończenie studiów na kierunku filologia czeska (dyplomem, którym tak naprawdę mogę podetrzeć sobie cztery litery, bo do niczego nie jest mi potrzebny) z Republiką Czeską nic mnie nie łączy. Kompletnie nic. Chciałbym zapomnieć o pięciu latach spędzonych w tym kraju, o gnidach tam poznanych (trzeba jednak przyznać, iż w Polsce wśród ludzi sukcesu wcale nie jest lepiej), wymazać to wszystko z pamięci. Ale nie da się.

Nie da się też zmienić mentalności polskich czechofilów. Oni zawsze będą widzieć w Republice Czeskiej raj na ziemi, będą głusi na jakiekolwiek argumenty, fakty, dowody. Każda czeska książka zostanie uznana za arcydzieło, każdy czeski film dostanie najwyższe oceny, każdy czeski produkt będzie wychwalany pod niebiosa, bez względu na jakość.

Ja w każdym razie wcale nie tęsknię za Republiką Czeską. Brakuje mi wprawdzie życia uczelnianego, świetnie wyposażonych bibliotek, możliwości kształcenia się w interesującej mnie dziedzinie. Nie mam jednak układów i bogatych rodziców, więc wszelkie moje trudy były nadaremne.