Dariusz Sieczkowski – strona prywatna

Jak „zniesławiłem” sędziego

Moje sprawy karne z Óniwersytetem Masaryka w Brnie nie były jedynymi sprawami karnymi. Jak pisałem, Prokuratura Rejonowa w Myślenicach umorzyła szereg innych spraw, w tym o bardzo poważne przestępstwa, przynajmniej dwukrotnie też wniosek o tymczasowe aresztowanie wystosowany przez sędziego Konrada Gwoździewicza z Oświęcimia. Niestety, odpowiadałem karnie za zniesławienie sędziego na blogu, czyli w środkach masowego przekazu, za co grozi nawet rok pozbawienia wolności.

Publicznie zarzuciłem sędziemu nieznajomość prawa, wyżywanie się na niezamożnych, jak również to, że był podstawiony do mojej sprawy. Do tego naśmiewałem się z jego zdjęć na portalach społecznościowych, na których pozował jako Rambo i Indiana Jones. Z tym ostatnim nie było problemu, bowiem twierdziłem, że jako praworządny człowiek o ogromnym poczuciu sprawiedliwości robię to dla bezpieczeństwa wszystkich wspaniałych pracowników wymiaru sprawiedliwości, tylko moja wrodzona skromność nie pozwalała mi o tym napisać.

Na przykładzie mojego konfliktu z sędzią Konradem Gwoździewiczem możecie zobaczyć, ile w życiu zależy od tego, kogo spotkacie na swojej drodze. Jestem przekonany, że gdyby sprawę moich snów prowadził JAKIKOLWIEK inny sędzia, nie byłoby kolejnych spraw, nie byłoby stresu i nie byłoby kłopotów zdrowotnych. Niestety, również nabrałem się na wizerunek medialny sędziego, mając nadzieję, iż mam do czynienia z szanowanym autorytetem, jednym z najlepszych polskich sędziów. To był jeden z największych błędów w moim życiu.

Sędzia Konrad Gwoździewicz został przeniesiony z Krakowa do Oświęcimia w tym samym czasie, kiedy moja sprawa trafiła z Republiki Czeskiej do Polski. Dziwnym trafem przydzielono mu moją sprawę.  Po pierwszych rozprawach miałem wrażenie, że rzeczywiście mam do czynienia z profesjonalistą, dopiero po ogłoszeniu wyroku i uzasadnienia słusznie się wściekłem. Podczas całego postępowania podobnych przypadków było więcej.

Konrad Gwoździewicz skazał mnie na 3 miesiące prac społecznych. W ustnym uzasadnieniu wyroku argumentował to tym, że sąsiedzi określili mnie jako miłego, spokojnego, uczynnego, niewywołującego awantur, bez problemów z alkoholem i narkotykami. Według niego to świadczy przeciwko mnie, bo tacy dokonują największych zbrodni.

Wielbiciele sędziego pewnie powiedzieliby, jaki to mądry człowiek, ale spójrzcie na mnie jako oskarżonego – gdyby sąsiedzi powiedzieli, że jestem pijakiem i chuliganem, to też świadczyłoby przeciwko mnie, więc w praktyce nie miałem żadnych szans na obronę.

Reakcji sędziego na krytykę nie da się opisać słowami. Moje kłopoty żołądkowe w sądzie, kiedy byłem na rozprawie znajomego i przy okazji chciałem iść zobaczyć, czy Konrad Gwoździewicz w podobny sposób uzasadnia inne wyroki, zostały odebrane jako próba zamachu.  Codzienne spacery po oświęcimskim rynku to według pracowników oświęcimskiego sądu przygotowania do zamachu. Gdzieś na ulicy spojrzałem na panią prokurator – podobno tym czynem wypełniłem znamiona czynu karalnego kierowania gróźb karalnych wobec sędziego. Na blogu napisałem też o tym, jak zawodnik jednego z klubów piłkarskich pobił trenera, który go szykanował i jak media zmanipulowały sprawę. Oczywiście pisząc o kimś innym podobno groziłem sędziemu pobiciem. Kiedyś również spojrzałem na Konrada Gwoździewicza na przystanku autobusowym – to także przestępstwo, podobnie jak spacery po centrum miasta. Miałem szczęście, że trafiłem na rozsądnego prokuratora, bo gdybym trafił na jakiegoś geniusza, to siedziałbym, a być może nie wytrzymałbym w areszcie, szczególnie po wystąpieniu objawów poważnych chorób, których dotychczas nie miałem. W  jakikolwiek sposób zginąłbym, Ślepa Ciemna Masa gratulowałaby sędziemu.

Tego wszystkiego nie sposób opisać, oczywiście skargi do wszystkich możliwych instytucji nie dały żadnego efektu. Ostatecznie odpowiadałem za zniesławienie w środkach masowego przekazu. Sędziemu nie udało też się wsadzić mnie do psychiatryka.

Tymczasem Sąd Okręgowy w Krakowie, ku mojemu zaskoczeniu, uchylił wyrok Konrada Gwoździewicza z powodu licznych błędów proceduralnych i błędnej interpretacji dowodów, przekazując sprawę do ponownego rozpatrzenia.  Dał mi tym argument powoływania się na kontratyp interesu publicznego wykluczającego odpowiedzialność za zniesławienie.

Sprawa o zniesławienie trafiła do Sądu Rejonowego w Chrzanowie. Dla mnie było jasne, że przegram, bo przecież z sędzią nie sposób wygrać, ale postanowiłem walczyć i nie zamierzałem kajać się ani prosić o litość.  Moim celem było warunkowe umorzenie postępowania lub odstąpienie od wymierzenia kary.

Sędzia Konrad Gwoździewicz, znając moją sytuację materialną, żądał 6 miesięcy pozbawienia wolności w zawieszeniu na 5 lat i 50 tysięcy złotych nawiązki, prokurator dodatkowo żądał, abym publicznie przeprosił Konrada Gwoździewicza.

Moja linia obrony polegała na powołaniu się na konratyp interesu publicznego w odniesieniu do zarzutów, przytaczałem szereg precedensów w podobnych sprawach oraz decyzję sądu drugiej instancji  potwierdzającej moje zarzuty co do rażących błędów Konrada Gwoździewicza podczas prowadzonego postępowania.

Przebieg postępowania skomplikowała moja choroba nowotworowa, wszystko trochę się wydłużyło. Prowadząca postępowanie sędzia Katarzyna Rejdych popełniła równie rażący błąd, zgadzając się, aby Konrad Gwoździewicz zeznawał pod moją nieobecność, co było sprzeczne z obowiązującymi przepisami (nie pamiętam już wyroku któregoś z Sądów Apelacyjnych).  Na szczęście na sali mógł pozostać mój ojciec, którego wtedy po raz pierwszy wziąłem na rozprawę, aby się pośmiał.

Proces był utajniony, więc nie mogę przytoczyć zeznań Konrada Gwoździewicza. Mówił na tyle głośno, iż wszystko słyszałem na korytarzu i z łatwością przygotowywałem pytania ośmieszające jego zeznania, padając w niektórych momentach ze śmiechu. Dla mnie było szokiem, iż ktoś na takim stanowisku może mówić takie rzeczy.

Zeznania Konrada Gwoździewicza podważyłem bez żadnego problemu na ostatniej rozprawie, ale wiadomo jak jest – z sędzią nie da się więc wygrać.

Ostatecznie zostałem winny popełnienia przestępstwa zniesławienia w środkach masowego przekazu. Sąd odstąpił od wymierzenia kary, zasądzając ode mnie nawiązkę w wysokości 1000 złotych na rzecz sędziego. Nie musiałem przepraszać sędziego, sąd uznał moją argumentację, iż wziąłem sobie do serca, że „w sądzie należy zawsze mówić prawdę” i przeniosłem to do życia codziennego, więc zawsze mówię prawdę i nie potrafię kłamać, a nieszczere przeprosiny spowodowałyby u mnie wyrzuty sumienia, z którymi nie potrafiłbym żyć.

Odstąpienie od wymierzenia kary w praktyce oznacza, iż przez rok widnieję jako skazany.

Znajomi studenci prawa mówili mi, abym się odwoływał. Jednak zrezygnowałem z odwołania z następujących względów:
– zbyt duże ryzyko wznowy choroby nowotworowej z powodu stresu.
– głowa mi pękała po chemioterapii i nie miałem sił pisać odwołania ani jeździć po sądach.
– z sędzią nie da się wygrać.
– gdyby sprawa miała się ciągnąć kolejne 2 lata, to nie miałoby sensu.
– warunkowe umorzenie postępowania to rok lub dwa lata próby, kiedy mogą znaleźć byle jakiego haka i wznowić postępowanie.

Gdyby to była jakaś zwykła osoba, to walczyłbym. Z sędzią jednak nie ma sensu walczyć. Trudno bowiem oczekiwać, aby jakiś inny sędzia uznał, że działałem w interesie publicznym. Nie oszukujmy się, takie są realia sądów.

Podstawą do ponownego rozpatrzenia sprawy byłoby chociażby pozwolenie na zeznania sędziego pod moją nieobecność na sali.

Sędzia Konrad Gwoździewicz, wiedząc o mojej chorobie i sytuacji finansowej, wystosował pismo, w którym dał mi 3 DNI na spłatę nawiązki, w przeciwnym razie grożąc komornikiem. Gdyby dostał żądane 50 tysięcy złotych, również postąpiłby w ten sposób.  Treść pism procesowych jego autorstwa wymownie określa jego charakter – dla mnie pewne rzeczy są niepojęte, ale nie mogę o tym pisać, bo na wolność słowa są paragrafy. Mam tylko nadzieję, że moja odpowiedź na jego pismo dotarła do jego gabinetu.

Spójrzcie teraz, jak wygląda sprawiedliwość. Sędzia nie poniesie żadnej kary za niesłuszne skazanie, za bombardowanie prokuratury zawiadomieniami o przestępstwach (są na to paragrafy) ani za pogorszenie się mojego stanu zdrowia pod wpływem długotrwałego stresu. Ja natomiast zostałem skazany za uzasadnioną krytykę.

Podczas pierwszego procesu w Republice Czeskiej nawet nie wyobrażałem sobie, iż może mnie spotkać coś gorszego niż sędzia Michal Kabelik z Brna. Niestety, w porównaniu do Konrada Gwoździewicza ten sędzia to aniołek i będę musiał go przeprosić za wszystko złe, co o nim napisałem. Tylko w ten sposób, bez konsekwencji karnych, mogę wyrazić swoją opinię na temat oświęcimskiego sądu.

Podejście Ślepej Ciemnej Masy takie jak zwykle – to nie sędzia jest zły, tylko ja jestem zły, bowiem odważyłem się krytykować jego wyrok. Taka mentalność.

Zadaję sobie pytanie, jakiego trzeba mieć pecha, aby na swojej drodze spotkać takich ludzi jak Konrad Gwoździewicz? Przecież gdybym w ciągu 30 lat nie poznał 4-5 podobnych osób, to moje życie wyglądałoby zupełnie inaczej. Ale wszelkie plany walą się w obliczu przeciwności losu, których nie da się przewidzieć.

Przed śmiercią chciałbym napisać o tym książkę.