Dariusz Sieczkowski – strona prywatna

Plagiat, czyli jak działa internet

W 2014 roku na Słowacji wprowadzono darmowe przejazdy koleją dla wybranych grup obywateli. Na swoim blogu podróżniczo-kolejowym szczegółowo opisałem warunki korzystania z prawa do darmowych przejazdów, do których uprawnieni są również Polacy.

13 lutego 2016 roku około godziny 10:00 ktoś wrzucił odnośnik do mojego artykułu na forum portalu fly4free – chyba największego portalu turystycznego w Polsce. Oczywiście statystyki bloga od razu pokazały kilkadziesiąt wejść.

Sześć godzin później na portalu Wirtualna Polska pojawił się artykuł „Darmowe pociągi na Słowacji również dla Polaków” z odnośnikiem ze strony głównej wp.pl . Artykuł wzbudził spore zainteresowanie, co widać choćby po liczbie komentarzy. Oczywiście nie muszę tłumaczyć, z czyjego artykułu czerpali informacje, dodając trochę ogólników od siebie, aby nie można było uznać tego za plagiat.  I oczywiście nie muszę tłumaczyć, że nie wspomnieli ani słowa o źródle informacji. Według prawa wszystko jest w porządku.

Artykuł na portalu Wirtualna Polska spotkał się z szerokim odzewem w sieciach społecznościowych. „Kurier Kolejowy” napisał artykuł na temat bezpłatnych przejazdów koleją na Słowacji podając jako źródło artykuł Wirtualnej Polski.  Wirtualna Polska pewnie trochę zarobiła na kliknięciach w reklamy i wyświetleniach reklam, zarobił też autor artykułu, o ile nie jest praktykantem, czyli frajerem pracującym za darmo. 

A co ja z tego mam? Nic. Tak działa internet. Jeden coś odpisze, inni odpiszą i jak to powiada frazeologia, zliżą śmietankę, czyli zarobią pieniądze lub zdobędą sławę. Niestety, jako człowiek bez układów mogę pisać mnóstwo artykułów, opisywać interesujące miejsca, radzić, ale w rzeczywistości z moich pomysłów i treści będą korzystać inni, którzy na tym zarobią.  Takie jest życie. Dla ludzi będę nieudacznikiem, bowiem nie udało mi się zarobić.

Oczywiście nie jestem odosobnionym przypadkiem. Ktoś wrzuci jakieś głupie zdjęcie na Facebook lub Instagram, jakiś portal to podchwyci, później inne portale na całym świecie przepiszą bez podania źródła i wszyscy na tym zarabiają (reklamy, kliknięcia), tylko autor zdjęcia lub filmu nic z tego nie ma.

Tak jest również z opisywaniem interesujących miejsc lub pociągów – mogę zrobić dobry artykuł, ale nie jestem w stanie zagwarantować tysięcy kliknięć i lajków, czyli „zasięgu” i „wpływu”, bo nie mam fanów, którzy dla blogerów są tylko kartą przetargową. Jakiś znany bloger odgapi się ode mnie, pojedzie w to samo miejsce (pewnie na koszt organizacji turystycznej), zrobi artykuł według mojego i będzie wielka sensacja. Dlaczego? Bo jest wielkim, sławnym blogerem.

Jeżeli korzystam z innych stron, to podaję źródła. I widzę, że jestem frajerem. Inni przepisują z różnych stron bez skrupułów i nikogo to nie obchodzi.