Dariusz Sieczkowski – strona prywatna

O blogu

Darlex to była moja pierwsza firma. Podobnie jak wiele innych firm okazała się klapą, jednak ze względu na jedną z popularnych podstron stworzoną w ramach działalności gospodarczej pozostawiłem domenę i przeniosłem tutaj mój prywatny blog. Darlex to NIE JEST mój pseudonim, w środowisku jestem znany jako „Sieczu”.

Prowadzę blog, bowiem muszę gdzieś wyrazić swój podziw dla głupoty i obłudy, z którymi spotykam się na co dzień nie tylko w internecie. Najczęściej piszę o Czechach, ponieważ jestem absolwentem filologii czeskiej. Gdybym o tym nie pisał, zwariowałbym. Przerażają mnie promowane wartości, propaganda w mediach i łatwość, z jaką można manipulować ludźmi.

Blog jest niekomercyjny, piszę go tylko tak, bez żadnego celu. Może po to, aby ulżyć psychice.

Według społeczeństwa jestem psycholem, debilem i nieudacznikiem. Ponadto, jak to mówiła moja była szefowa, jestem tak brzydki, że nawet żaden gej na mnie nie spojrzy. Od dzieciństwa wszystkie moje pomysły i projekty były wyśmiewane, a moje poglądy polityczne uznawane są za chorobę psychiczną. Takie jest przeznaczenie.

Moje życie jest pełne paradoksów – przez 7 lat studiowałem języki słowiańskie, siedząc całymi dniami w bibliotekach, a jako jedyny w historii kierunku na Uniwersytecie Masaryka w Brnie nie dostałem się na studia doktoranckie. W czasie studiów trzykrotnie byłem nagradzany stypendium ministra za wyniki w nauce. To był kierunek, który kochałem, poświęciłem temu cały swój czas. Doszły do tego kłopoty rodzinne i od tamtej pory nie potrafię się odnaleźć, a moje życie stało się pasmem niepowodzeń.

Z czeską uczelnią wspomaganą przez służby, dziennikarzy i czechofilów łączą mnie też sprawy sądowe. Media swego czasu zrobiły ze mnie wielkiego terrorystę, ale kiedy sprawa okazała się zupełnie inna niż to przedstawiono w artykułach, nikt już o mnie nie napisał. Po 4 latach procesu sprawę umorzono, w mediach nie pojawiła się najmniejsza wzmianka. Zniszczonej reputacji nigdy nie uda się odbudować, choć czas pokazał, iż miałem rację, a zarzuty wobec uczelni, wyśmiewane jako choroba psychiczna, potwierdziły się. Nic mi to jednak nie da.

Po latach spraw sądowych, kłopotów rodzinnych i niepowodzeń w biznesie zapadłem na chorobę nowotworową. W 2015 roku przeszedłem chemioterapię, ale markery nowotworowe ustabilizowały się dopiero wtedy, kiedy zakończyły się sprawy sądowe.  Gdyby nie to, że ten rak zabija dopiero po dwóch latach i jest to śmierć w męczarniach, to nawet nie leczyłbym się. Jeśli będzie wznowa, to nie wiem, co zrobię.

Po przebytej chorobie widzę, jak bezsensowne jest życie i jak ludzie w głupi sposób potrafią je sobie uprzykrzać. Gonią nie wiadomo za czym, przeszkadzają im głupoty, a wszystko to w obliczu śmierci nie ma żadnego znaczenia. Dobijają mnie ciągłe kłótnie o drobiazgi, wyścig szczurów, wszechobecne chamstwo i hipokryzja.

Pasje mam, ale są one jedynie powodem do drwin. Zarówno wśród obcych, jak i najbliższych. Cokolwiek zrobiłbym, i tak będę psycholem.

Nie mam żadnych planów na przyszłość, nic nie potrafię, moja wiedza jest bezwartościowa, żyję więc z dnia na dzień. Nie mam celu, po sprawach sądowych i artykułach na mój temat straciłem siły, organizm „wysiadł”. Moje marzenie to szybka i bezbolesna śmierć, po śmierci chciałbym straszyć jako duch. Dla takich osób jak ja nie ma miejsca na świecie – powinny być poddawane eutanazji.

Mój szczegółowy życiorys możecie przeczytać TUTAJ