Dariusz Sieczkowski – strona prywatna

Jak poszedłem robić zdjęcia…

Od czasu do czasu, obecnie bardzo rzadko, dokumentuję zmiany zachodzące w moim mieście. Przeczytałem o rozpoczynającym się remoncie jednej z ulic. Dzień przed rozpoczęciem remontu wziąłem aparat i poszedłem porobić trochę zdjęć, bardziej z kronikarskiego obowiązku niż z pasji.

Stanąłem przy ulicy, robię zdjęcia, a tu nagle z okna jednej z kamienic donośny krzyk:

„Po co pan robi zdjęcia?!”
„Pozwolił ktoś panu robić zdjęcia?!”

„Tu nie wolno robić zdjęć!”

Spojrzałem kątem oka, a w oknie około sześćdziesięcioletnia kobieta stoi, podgląda i wrzeszczy. Oczywiście z mojej strony żadnej reakcji, robię swoje. Co mnie jednak zaskoczyło – nie spodziewałem się takich zachowań w dzisiejszych czasach, kiedy aparat ma chyba każdy i nikogo nie dziwią nawet dzieci robiące zdjęcia sprzętem, o którym ja mogę pomarzyć.

Jeszcze 10 lat temu wyzwiska typu „psychol”, „Żyd”, „zboczeniec”, groźby, czy próby pobicia na widok aparatu były czymś normalnym. Co śmieszniejsze, nigdy, poza zdjęciami do pracy dyplomowej w latach 2002-2003, nie robiłem zdjęć ludziom. Fotografowałem kamienice, ulice, chodniki, starałem się robić zdjęcia tak, aby  nikt mnie nie widział. Nie chcę pisać, ile nieprzyjemnych zdarzeń miało miejsce; ludzie brali mnie za szpiega, złodzieja itp. – dziś te zdjęcia, choć czasami słabe pod względem technicznym, mają dużą wartość dokumentalną.

Później, około 2011 roku, kiedy aparat cyfrowy miał niemal każdy, a fotografia stała się modna, było znacznie lepiej. Myślałem, że minęły już czasy tego chamstwa i agresji ze strony przypadkowych przechodniów. Myliłem się.

Przez lata udało mi się udokumentować mnóstwo zmian w moim mieście. Nie sfotografowałem wszystkiego, nie jestem jedynym dokumentującym te zmiany, jednak chyba jako jedyny natrafiam na takie niezrozumienie otoczenia. W tym przypadku, podobnie jak w niemal wszystkich, moja pasja była wyśmiewana jako choroba psychiczna.

Nie mam co zrobić z tymi zdjęciami, więc udostępniam je na licencji Creative Commons za podaniem autora. Mam tylko nadzieję, że po mojej śmierci nie zmarnują się, choć pewnie będą gdzieś dostępne bez mojego nazwiska.

Co do zdarzenia – zignorowałem kobietę, zrobiłem swoje, po czym wróciłem do domu. Niesmak jednak pozostał.